Skocz do zawartości

Czy wiesz, że...

szynszyle są aktywnie głównie wieczorem i w nocy?








Zdjęcie
* * * * * 5 głosów

MIŁE SZYNSZYLOMANII POCZĄTKI

Napisane przez Claudi , 20 marzec 2016 · 1169 Wyświetleń

LUDZKIM OKIEM: MIŁE SZYNSZYLOMANII POCZĄTKI (1)

 

...pamiętam tyle, że artykuł miał być PILNY. Siedziałem nad nim już drugi dzień i jakoś nic rozsądnego nie przychodziło mi do głowy. Był rok 1999, wiosenny niedzielny poranek rozleniwiał, a myśl jakoś nie chciała dać się przelać na klawiaturę i monitor. Wreszcie jednak praca ślamazarnie zaczęła postępować naprzód. Nie miałem pojęcia, że za chwilę będzie miał miejsce mój pierwszy KONTAKT, nie miałem też pojęcia, że zmieni on moje życie na zawsze.

 

Zaczęło się w sumie niewinnie. Moja rodzina – mnie nie wyłączając – była (i jest) zakochana w kotach. W domu rodzinnym ZAWSZE był jakiś kot (częściej koty), albo co najmniej pies (forma zastępcza kota). U kilku najbardziej znanych mi ciotek i wujków nie było co prawda nic, ale za to moja babcia odrabiała za nich z naddatkiem wszelkie braki w tym względzie. Gdy założyłem rodzinę, w domu szybko pojawiły się i psy i koty; niedomagania tej dość licznej sfory zwierząt skłoniły nas do poszukiwania lecznicy weterynaryjnej w pobliżu. W ten sposób poznaliśmy panią Monikę.

 

Podczas którejś tam z rzędu wizyty z jednym z kotów, mój najmłodszy syn zobaczył po raz pierwszy szynszylę; zwierzątko to spodobało mu się na tyle, że zaczął nas namawiać, byśmy mu takiego podopiecznego sprawili. Niestety ani cena ani też gatunek (gryzoń) nie należały do sprzyjających; cena była dość wyśrubowana nawet jak na 1999 rok, a obecność w domu stada kocich drapieżników nie dawał szynszyli zbyt dużych szans na przeżycie. Padło – jak zwykle w takich wypadkach – kategoryczne NIE i sprawę uważałem za zamkniętą.

 

Kilka tygodni później doszło do znanego z chemii zjawiska KATALIZY SZYNSZYLOWEJ. Pani Monika była zmęczona, moja małżonka – zajęta kocimi problemami, a ja – byłem w pracy. Kolejna seria jęków Dominika na temat chęci posiadania szynszyli została załatwiona przez panią Monikę następująco: Dominik, mam tu w lecznicy szynszylę, która stale mi nawiewa z klatki. JAK JĄ ZŁAPIESZ – JEST TWOJA. I KONIEC GADANIA na ten temat. Z podkreśleniem na „KONIEC”.

 

Dziesięć minut i trzy wywalone worki z karmą później Dominik cały w pajęczynach meldował się u pani Moniki ze złapaną szynszylą. Chcąc nie chcąc mój syn nieświadomie zmienił właśnie całe moje życie.
Ciąg rozlewających się leniwie wspomnień przerwał dobiegający z drugiego pokoju szczęk otwieranej klatki, głośny okrzyk syna, rumor, a zaraz potem odgłosy pościgu za naszą nową lokatorką - prześmieszną szynszylą płci PIĘKNEJ o imieniu „Szynka”, która pojawiła się w domu na skutek KATALIZY SZYNSZYLOWEJ. Tupot zbliżał się szybko i nagle srebrna błyskawica wdarła się na moje biurko. Na ekranie pojawiła się zagadkowa fraza „asgfovb760cme”, tekst artykułu gdzieś zniknął, a zwierzątko w stylu bardzo znanego polskiego medalisty olimpijskiego od sportów zimowych wykonało piękny skok na podłogę i zniknęło pod szafą. Gdyby to był skok oceniany Szynka stałaby się niewątpliwie właścicielką KRYSZTAŁOWEJ KULI.

 

W chwilę później spod szafy wyjrzał na świat mały nosek okolony długimi wibrysami; w ślad za nim pojawiły się radarowe uszy, a następnie całą reszta Szynki. Zwierzątko wyczołgało się na światło dzienne, nadgryzło od niechcenia najpierw starą książkę telefoniczną, a potem mój but, po czym prześlicznym skokiem wzwyż na pół metra skoczyło na ścianę i zniknęło w przedpokoju.

 

Po którymś tam z kolei przelocie udało mi się Szynkę złapać. Gdy posadziłem ją sobie w dłoniach i zbliżyłem do twarzy, zwierzątko - zapewne by zapobiec dalszym, niepożądanym poufałościom ze strony LEPKIEGO - oparło mi się przednimi łapkami na nosie, skubnęło od niechcenia moje wąsy. Lekkie uderzenie ząbkami w palce podkreśliło już tylko doniosłość PIERWSZEGO KONTAKTU. Szynia przetarła sobie zawadiacko nosek prawą łapką (lewą nadal trzymając mi na nosie), i po stwierdzeniu, że nic ze mnie – poza kołnierzykiem – nie nadaje się do GRYZIENIA, wyrwała się i uciekła. To właśnie wtedy, choć sam o tym jeszcze nie wiedziałem, Szynka przeistoczyła mnie w zagorzałego miłośnika tych jakże wesołych i ciekawskich gryzoni.

 

Od mojego pierwszego spotkania z szynszylami minęło już ponad 17 lat. Jednoszynszylowe „stadko” powoli rosło, by ostatecznie – mniej więcej 8 lat temu - osiągnąć liczbę 68 osobników. Powoli wpadałem w dość pospolitą pułapkę CHĘCI POSIADANIA dużego stadka. Stadko zbierało się łatwo bo ktoś tam chciał zwierzątko oddać razem z klatką, kto inny wyjeżdżał, jeszcze gdzie indziej komuś złamał życie nowotwór i tak ziarnko do ziarnka…

 

To, prawda, że wszystko ma swoje dobre i złe strony. Szylki trafiały do mnie z różnych miejsc w Polsce, bo miałem okazję często jeździć po kraju. Trzeba jednak pamiętać, że w czasach, w których gromadziłem swoich podopiecznych nie było tak łatwo z ich leczeniem jak ma to miejsce teraz. Przycięcie ząbków – zabieg obecnie dość rutynowy – urastał do rangi egzotycznej operacji, którą potrafiło wykonać kilku zaledwie wetów. Karma ratunkowa – była trudnodostępna nawet w dużych aglomeracjach. W przypadku złamania lub jakiegoś wewnętrznego urazu mechanicznego można było co najwyżej liczyć na cud. Dziś leczenie jest bardziej dostępne, o wiele bardziej zaawansowane, ale też jego koszty są znacznie wyższe.

 

Obserwacja szynszyli i ich zwyczajów nauczyła mnie szybkiego wyciągania wniosków, zmusiła do radykalnej zmiany zawartości domowej apteczki oraz szybkiego podejmowania decyzji w przypadkach krytycznych. W apteczce zawsze mam na wszelki wypadek kilkanaście strzykawek, tzw. insulinówek, Imaverol (to na wypadek grzybicy), węgiel oraz Rivanol do dezynfekowania rozmaitych ranek, gdy zawadiaccy rycerze się pokąsają. O ziołach pisać nie będę (rumianek, szałwia i tak dalej), jest także bez liku pałeczek i miseczek do rozrabiania karmy, lakcidu czy ogólnie probiotyków, zawsze jest co najmniej jedno pudełko (200 – 250 gram) HerbiCare lub karmy ratunkowej Dra Ziętka. Ania (moja żona) robi w lecie zapasy pokrzywy i rozmaitych ziółek na czas zimowy, zaopatrujemy się też w trociny (wiórki) z pobliskiego tartaku. Do zdejmowania pierścieni z futra stosuję zwykłe wykałaczki, mam też trochę witamin w syropach. Do zbioru ciekawych „patentów” dołączyłem kolejny – gdy szylka nie chce jeść karmy ratunkowej sama z siebie i trzeba ją podawać strzykawką, zamiast wody stosuję pięcioprocentową glukozę, dostępna za grosze w aptece. Karma rozpuszcza się tak samo dobrze, a z moich doświadczeń wynika, że szyle piją taką miksturę o wiele chętniej.

 

Widok baraszkujących szarych, czarnych, beżowych i białych kulek, drapania się za uchem z prędkością karabinu maszynowego, ssania pokarmu w pozycji na plecach, czy odpoczynku na plecach mamy - to obrazy, które nie mają sobie równych. Nade wszystko zaś dziwi mnie do tej pory fakt, że zdecydowana większość tych przemiłych zwierząt ma bardzo wyraźnie zarysowane charaktery, których cechy - tak jak u ludzi - są aż nadto widoczne w usposobieniu. Miałem w swoim stadku malkontentów gryzących wszystkich wokół, łasuchów na pieszczotki, jak również osobniki żywcem wyjęte z Kubusia Puchatka, uwielbiające „ponure wilgotne zakątki”, mam zwierzątka o wyraźnie „imprezowych” charakterkach i tak dalej...

 

Przeżyłem z tymi zwierzętami wiele radosnych ale też i smutnych oraz bolesnych chwil, gdy możliwości ludzkie nie były w stanie uratować im życia. Wśród osób, które dzięki szylkom poznałem było wiele takich, z którymi nadal mam kontakt i do dnia dzisiejszego jesteśmy serdecznymi przyjaciółmi; trafiło się także kilku oszustów, których chciałbym jak najszybciej wymazać na zawsze z pamięci.

 

Mieszkanie z szylkami pod jednym dachem zmieniło wiele innych rzeczy: nie mam praktycznie koszuli bez kłaczków z ich sierści, w kompaktach od czasu do czasu trafia mi się „ziarenko” pyłu kąpielowego. Podczas przeglądania starych pism trafiam od czasu do czasu na stare zdjęcia rentgenowskie, karty i opisy badań budzące fale wspomnień; umiem już zasypiać przy hurgocie dysków do biegania oraz w trakcie koncertów – a jakże inaczej FORTISSIMO FURIOSO! - na harfodełkach. Nie wiesz co to jest harfodełko? Już wyjaśniam: walenie trzymanym w siekaczach karmidełkiem o kraty klatki mniej więcej o czwartej nad ranem…

 

Załączona grafika

 

95% moich „szynszylowych” wspomnień zaliczyłbym do niezwykle miłych; niektórymi z nich chciałbym się podzielić, a zwierzęta, o których będę pisał pokażę na zdjęciach. Niektóre z nich będą miały niecodzienne historie, okażą się niesamowitymi szczęściarzami, które trafiły na łańcuch sprzyjających okoliczności, jak na przykład widoczna na zdjęciu obok Didi, czy Julia. Ta pierwsza została znaleziona półżywa z wyciągniętą na wierzch prostnica przez pewną panią podczas spaceru z psem w parku w Krakowie. Zawieziona do lecznicy pana dra. Barana przeszła udaną operację i trafiła po niej do domu pewnej miłośniczki szylków dzięki czemu znalazła nie tylko cichą przystań, ale również mogła przejść rekonwalescencję. Po dojściu do siebie Didi trafiła do mnie, gdzie nie tylko oczarowała mnie swoją osobowością, ale również dosłownie WLAZŁA MI NA GŁOWĘ, co udowadniam na zdjęciu powyżej. To był zresztą dopiero początek – po chwili wymościła sobie posłanko na mojej łysinie i… naprawdę zapadła w drzemkę. Swoje imię – Didi – zawdzięcza swojej pierwszej opiekunce (a konkretniej – Kasi), która przyjęła ją pod swoje skrzydła i bez której opieki i pomocy cała historia skończyłaby się zapewne znacznie mniej różowo..

 

Tu trzeba przyznać, że szylki są NIESAMOWICIE WDZIĘCZNYMI obiektami do fotografowania, podczas zabaw i harców, ale także drzemki czy jedzenia. Ich miny i pozy są po prostu rozczulające, więc jeśli masz trochę lepszy aparat z jakimś teleobiektywem (nie musi być to od razu format reportersko-sportowy, wystarczy nawet taki o ogniskowej 35-70 mm czy 70-200 mm) – spróbuj zrobić im kilka ujęć. Jest to doskonała metoda do nauczenia się fotografii portretowej. Przykład? Proszę. Didi, odsłona 2:

 

Załączona grafika

 

A jakby mu tak zwiać ZANIM mnie ZJE?!

 

(Cdn.)
Claudi



  • 0



od dziś jestem dozgonną fanką tego bloga :D <3

    • 1
  • Zgłoś

uduszę się kiedyś czytają Twoje wpisy, bo na wdechu je czytam :D

    • 1
  • Zgłoś

Boskie ! :D

    • 1
  • Zgłoś

Lipiec 2018

P W Ś C P S N
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23 242526272829
3031     

Ostatnie komentarze